„Dowiedziałam się o raku, kupiłam rurkę z kremem i przysięgłam, że przeżyję…”

Często słyszę pytanie: Jak zareagowałaś, kiedy dowiedziałaś się, że masz raka? Co się wtedy robi? Jak się wówczas myśli? Głupio mi wtedy opowiadać prawdę, pewnie nikt, kto nie znalazł się w tym miejscu, nie zrozumie, że dzień, w którym dowiadujesz się o śmiertelnej chorobie, to dzień… „jak co dzień”. W dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem chora, a mój biologiczny zegar zaczął nagle tykać szybciej, niż kiedykolwiek, odmierzając czas jak do wybuchu – kupiłam pyszną rurkę z kremem, usiadłam na ławeczce, na placyku w centrum miasta i delektując się jej smakiem powiedziałam do siebie pod nosem: „Dasz radę. Musisz przeżyć”.

Miałam już spore doświadczenie. W 2012 roku mój tata zachorował na raka jelita grubego – wiedziałam co może mnie czekać i jak wygląda walka z nowotworem. Zachorował w Wielkiej Brytanii, dla niego leczenie było już tylko paliatywne (chemioterapia i radioterapia). Na wszystko było „za późno”. Miał różne objawy, cierpiał z bólu, ale nie zgłosił się do lekarza. Męskie ego wygrało. Jakiś czas później wygrał rak.

Po konsultacji z onkologiem, lekarz prowadzący podjął decyzje co do mnie. Mogłam mówić o szczęściu, o leczeniu paliatywnym póki co, nie wspominano. Przewidziano dla mnie jednak zachowawczym leczenie raka, jego wielkość i umiejscowienie uniemożliwiały chirurgom usunięcie guza. Zostały więc tylko dwa wyjścia: natychmiastowe usuniecie guza wraz z całą piersią lub zastosowanie 4 do 8 cykli chemioterapii, w celu zmniejszenia narośli i usunięcia tak zneutralizowanego guza, przy zaoszczędzeniu piersi.

Wybrano drugą opcję. Pamiętam, że pierwszą chemioterapię wyznaczono mi na 24 września. Zaczęłam przygotowania. Ścięłam włosy – onkolog poinformowała mnie, że wypadną wszystkie i wypisała receptę na perukę. Nie uwierzyłam, ścięłam fryzurkę na krótko licząc, że pozostanie nienaruszona.

O umówionej porze stawiłam się w szpitalu, w oczekiwaniu na to, aż w mój organizm wlana zostanie substancja chemiczna, mająca zniszczyć komórki rakowe, przy okazji niszcząc to, co zdrowe. Chemioterapia, którą mi przyznano, to jednodniowa akcja – co trzy tygodnie, stawiam się karnie pod kroplówkę.

Pierwsze badane krwi, morfologia, wynik po 5 minutach i wizyta w gabinecie, w celu ustalenia, jaką chemię mam otrzymać. Miałam przyjąć chemię agresywną – czerwoną. Czytałam o niej na blogu jednej z koleżanek. Pisała, że jednego razu, kropla takiej chemii spadła przypadkiem na linoleum i wypaliła dziurę. Za namową koleżanki zapytałam lekarza, czy mój rak jest złośliwy. Odpowiedziała: „każdy rak piersi jest”. Rak piersi prawej cT2N1Mo, tego zdiagnozowano u mnie.

Na sali zostałam podpięta do kroplówki. Przez około 4 godzin w moich żyłach płynęła substancja, inna niż dobrze znana krew. Po powrocie do domu czułam się właściwie całkiem nieźle. Byłam nieco osłabiona, ale nic nie zapowiadało koszmaru, który nadszedł dzień później. Nazajutrz, zaczęłam wymiotować na potęgę miałam mdłości, bardzo osłabłam. Dopiero po zażyciu tabletek przepisanych mi przez onkologa wymioty ustąpiły, choć przez kolejne trzy dni czułam się bardzo osłabiona.

Zaczęłam zdrowo się odżywiać co wcześniej nie było moją mocną stroną – warzywa gotowane na parze, owoce. Ograniczyłam spożycie kawy i palenie papierosów. Po kilku dniach poczułam się świetnie, pogoda dopisywała wiec zaczęłam codziennie spacerować, odwiedzać znajomych, słowem – żyć normalnie, próbując zapomnieć o chorobie.

W 2 tygodnie po ostatniej chemioterapii garściami zaczęły wypadać mi włosy, a skóra na głowie zaczęła bolec ponad normę. Nie mogłam spać. Na głowie zawiązałam chustkę, bo włosy walały się w pościeli. W ubraniach, na szafkach i na podłodze – wszędzie leżały smutne kępy.

Rankiem 1listopada 2013r. poszłam do łazienki. Stanęłam przed lustrem i rozpłakałam się jak dziecko. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i zadawałam sobie pytanie: Dlaczego ja? Byłam bezsilna. Mąż przytulił mnie i powiedział: „Damy rade, musisz wygrać, musisz żyć!”. Wzięłam się w garść. Mocne postanowienie: nie poddam się bez walki. Wkrótce potem założyłam swojego bloga. Chciałam walczyć. Nazwałam go Pink Glove, na myśl o wielkiej różowej rękawicy, którą pokonam raka.

Podjęłam decyzję – wygolę się na łyso. Nie żałuję, trochę śmiesznie wyglądałam, ale wmówiono mi, że kiedy włosy odrosną, będą zdrowsze i piękniejsze. Uwierzyłam po raz kolejny. Nie wykupiłam nawet peruki, nie chciałam sztuczności. Zaczęłam chodzić w chustce. Szybko znalazły się osoby, które wyśmiały mnie za to, że wyglądam, jak beduin. Ciekawe, jak one prezentowałyby się walcząc o życie.

Dni po pierwszej chemioterapii mijały spokojnie, nie miałam żadnych sensacji żołądkowych, choć zdarzało się regularnie, że bywałam mocno osłabiona. Psychicznie przygotowywałam się do II sesji, wyznaczonej na 14 listopada.

W dzień kolejnej „próby sił”, jak za pierwszym razem, stawiłam się na czczo na badanie krwi, z którego wynikiem udałam się do doktorki. Zbadała pierś, wystawiła skierowanie na założenie znacznika na guza. Dalej, kolejne oczekiwanie na kroplówki, pełniutka sala pacjentów. Przybyło z 20 nowych osób, przyszły też twarze znajome z poprzedniej sesji,. O dziwo, czułam się w ich towarzystwie znacznie raźniej.

Tym razem, wymioty zaczęły się znacznie szybciej. Kilka godzin stania nad sedesem, silne osłabienie. Szczęśliwie jednak, tabletki na nudności, wciąż pomagały. Kojąco działał też imbir i wąchanie skórki z z pomarańczy. Przeżyłam.

W piątek byłam ciągle mocno osłabiona. W sobotę obudziłam się nie mogąc złapać powietrza, zaczęły się duszności. Dzwoniłam do szpitala chyba z 15 min, nikt nie odbierał. Zdecydowałam się zadzwonić po pogotowie, ale dyspozytorka odmówiła posłania karetki. Młodsza córka zawiozła mnie na pogotowie, gdzie wykonano badanie ekg i skierowano mnie do szpitala. Na izbie przyjęć pobrano mi krew, podłączono tlen, duszności trochę ustąpiły. Na moje nieszczęście, duszność dopadła mnie jednak w sobotę – dzień, w którym szpital onkologiczny nie pełnił ostrego dyżuru. Kolejna pani doktor, odesłała mnie więc z kwitkiem, do dyżurnej placówki. Tym razem zasłużyłam na pomoc karetki, która przetransportowała mnie na drugi koniec miasta.

W szpitalu wewnętrznym nawet karetka nie dała mi jednak wjazdu na bilecie VIP. Lekarz dyżurny nie krył swojego oburzenia faktem, że to akurat do nich przyjechałam ze swoim „widzimisię”. Tłumaczyłam, że jestem tylko pacjentką, nie wiem jakie obowiązują procedury, mam duszności i… raka, bardzo źle się czuję – naiwna, myślałam, że to wystarczy. Zostałam na izbie przyjęć.

Leżałam na łóżku z rurką w nosie, podpięta do tlenu. Teraz faktycznie lepiej mi się oddychało. Lekarz zlecił badanie RTG klatki piersiowej i echo dna serca. Na podstawie wyników badań stwierdził, że spada mi odporność. 10 godzin spędzonych w oczekiwaniu na decyzje ze wzrokiem wbitym w sufit i wątpliwością „co dalej”, potrafi zniszczyć najsilniejszych. Na szczęście, wyniki były dobre.

Dostałam kroplówkę wzmacniającą i wróciłam do domu. W poniedziałek 18tego listopada założono mi znacznik – zabieg podobny do biopsji. Poprosiłam o podwójne znieczulenie. Zbadano mi jeszcze pierś, znacznik był tam, gdzie powinien, więc pozwolono mi wrócić do domu. Czułam się dobrze, a humor dopisywał.

Musiał. W końcu czekały mnie jeszcze dwie sesje chemioterapii.

Sylwia Malarz
autorka bloga: Różowa rękawica – Pink Glove 73
Redaktor Magazynu KoBBieciarnia
Trwa ładowanie komentarzy...