O autorze
"KoBBieciarnia - kobieca platforma blogerska, udostępniająca publikacje autorek najlepszych, kobiecych treści z całej Polski. Idealna dla chwili wytchnienia w najlepszym stylu - strefa kobiecego relaksu."

"Dzień Ojca? Wykreśliłam z kalendarza"

Dzień Ojca Danuta zaczęła obchodzić mniej więcej w okolicach 30tki. Wtedy po raz pierwszy w imieniu malutkich córek wręczyła mężowi laurkę z koślawo namalowanym sercem. Wcześniej nie znała tego święta. Z ledwością poznała zresztą jego jubilata.

„Z dzieciństwa pamiętam trzy uczucia związane z osobą ojca – oczekiwanie, zazdrość i strach. Przeplatały się ze sobą nawzajem. Zanim zrozumiałam, że powinnam się go bać –

oczekiwałam.


Siedziałam w oknie i wypatrywałam kiedy przyjdzie z czekoladą i przeprosinami, że nie było go tak długo. Było tyle rzeczy, które chciałam mu powiedzieć, tyle obrazków, które chciałam mu pokazać, tyle konstrukcji z kolców, które budowałam żeby usłyszeć choć słowo pochwały. Ale on jak na złość nie przychodził, nie oglądał i nie chwalił, a mama niespecjalnie potrafiła go usprawiedliwić. Biegała tylko od rana do nocy, między szwalnią, w której pracowała na etacie, a domowymi „fuszkami”, które odbrabiała po godzinach przy maszynie, tracąc ze zmęczenia wzrok i czucie w palcach. Wszystko po to, żeby było co do gara włożyć. Fanaberie małej, zrzędzącej dziewczynki niewiele ją wtedy interesowały. Chciała jedynie aby ta dziewczynka i jej młodsza siostra miały dach nad głową. Tak więc czekałam, w ciszy i samotności. No, czasem czekałyśmy we dwie. To ciągłe niespełnienie, rodziło czystą...

zazdrość.

Nie rozumiałam dlaczego Bóg, o którym tyle mówiła nam mama nie wysłucha najzwyczajniej w świecie moich próśb. Przecież nie prosiłam o wiele. Chciałam od czasu do czasu pograć z tatą w piłkę, pobawić się w chowanego, chciałam by tata nauczył nas jeździć na rowerze. Takie ot, pierdoły. Większość dzieci dokoła miała to na co dzień. Chwaliły się że były z tatą na grzybach, albo że zabrał je do Banialuki. Cóż to wtedy było! Udawałam, że jestem ponadto, a moje życie w babskim trójkącie jest jeszcze fajniejsze, od tego o którym opowiadały. Od małego musiałam nauczyć się przywdziewać pancerz. "Pancerz obojętności" - tak nazwała go kiedyś moja mama. Ile razy słyszałam na podwórku „To ta bez ojca”. Takie były czasy... Ludzie tkwili ze sobą w nieszczęśliwych małżeństwach, bo rozwód przynosił wstyd wśród sąsiadów. Tylko te najnieszęśliwsze odważały się, a raczej pozostawały zdane, na ten ostracyzm. Nie zapomnę kiedy w szkole podstawowej, jako kilkulatka, bez pytania pożyczyłam od dziewczynki obok, leżącą swobodnie na ławce linijkę. Kiedy tylko zauważyła stratę wykrzyknęła na całe gardło: „I co robisz? Nie nauczyli Cię pytać? Widać, że wychowujesz się bez taty”. Dziecko jak dziecko, powtórzyła jak papuga co mówili w domu, okrutni, zaściankowi rodzice. „Takie były czasy”…

Kiedy trochę podrosłam przestałam czekać. Zrozumiałam, że to nie ma sensu. Momentem przełomowym była chyba Komunia. Po powrocie do szkoły dzieci chwaliły się co dostały od rodziców i gdzie z nimi były. Ojciec nie przyszedł odwiedzić mnie w tym dniu. W kościele też go nie było. Mama wspominała mi po latach, że w sukience komunijnej siedziałam na kamieniu w ogrodzie ze wzrokiem wbitym w ulicę. Tego akurat nie pamiętam…


Im więcej rozumiałam, tym bardziej ojciec kojarzył się już tylko ze
strachem.


Wcześniej nie pojmowałam przecież, że kiedy mama płacze, płacze właśnie przez niego. Z nieco starszego dzieciństwa pamiętam jak przychodził pod dom od czasu do czasu, głównie wieczorami. Robił awantury i odchodził znów na kilka dni. Dziś już wiem, że niemal zawsze był pijany. Mogłam mieć z 9 lat kiedy wszedł do mieszkania i wszczął kolejną awanturę. Widząc nasz nowy nabytek – telewizor kupiony jeszcze z oszczędności babci, z wściekłości i rozżalenia nad tym naszym „powodzeniem” zrzucił go na ziemię, a potem wskoczył na niego i deptał własnymi nogami, aż popękał ekran i kineskop, a jego stopy zbroczyły się krwią. Pamiętam jeszcze jego krwawe ślady jak wybiegał. Cały dywan nam wtedy zafajdał. Zdarzało się, że przychodził do szkoły. Na korytarzu prosił którąś z moich koleżanek, żeby weszła do klasy i skłamała, że woła mnie higienistka. Wiedziałam, kto kryje się za tą komendą i nie chciałam wychodzić z sali. Z klasy wypychali mnie zazwyczaj sami nauczyciele. A on opowiadał mi potem, jak to nie przeprasza i jak bardzo kocha mnie i Elę. I że przyjedzie kiedyś po nas żeby zabrać nas od mamy. Tego właśnie bałam się najbardziej.

Raz był nawet tego bliski. Przyszedł odwiedzić nas razem z bratem. Tylko w jego obecności mama mogła wpuścić go do środka. Wujka lubiłam. Siedział długo w Stanach, często przychodził z prezentami i śmiesznym amerykańskim akcentem. Wujek wręczył mi tego dnia parę złotych. Miałam skoczyć po czekoladę, podczas gdy dorośli rozmawiali. Mama zabroniła – Na szczęście. Znów się pokłócili, a ojciec wyszedł z hukiem z mieszkania. Po kilku dniach wrócił i krzyczał pod drzwiami, że tym razem nie udało się mnie "porwać", ale będzie jeszcze próbował. Czasami sama nie wiedziałam, czy bardziej nas kocha czy nienawidzi. To że nienawidził naszej mamy, było dla mnie jasne. Nie bardzo rozumiałam jednak jak godzi w sobie jednoczesną chęć zabrania mnie tylko dla siebie, z całą tą swoją złośliwością. Pamiętam kiedy wiedząc, że mamy nie ma w domu, włożył mi raz zapałkę do dzwonka. Tak żeby dzwonił nieustannie. Płakałam, zatykałam uszy byle tylko nie słyszeć, ale panicznie bałam się wyjść z mieszkania żeby ją wyjąć.

Pamiętam też jak dostałam się na krótko do szpitala ze złamanym obojczykiem. Nowe otoczenie, nieznani ludzie. Choć na chwilę chciałam rozwinąć skrzydła. Chociaż tam. Dzieciom z sali zaczęłam opowiadać o swoim tacie, w rzeczywistości - odpowiedniku wujka Władka. Że był w Ameryce, przywoził prezenty i że nauczył nas obie pływać. Żyłam w tej bajce dopóki jeden z dorosłych pacjentów oddziału nie huknął na głos przy moich nowych znajomych, że kłamię, bo ja "ojca nie mam”.

Jako nastolatka byłam już chyba całkowicie pogodzona z jego brakiem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Poczucie straty stało się dużo słabiej odczuwalne. Zresztą ileż można ubolewać nad czymś, czego tak naprawdę nigdy się nie miało. Brakowało mi tylko… Sama nie wiem jak to określić. Męskiej dłoni, poczucia bezpieczeństwa, stabilnego wzorca do którego można się odwołać w chwili zwątpienia. Byłam ułożoną nastolatką. W domu było biednie, ale porządnie. Mama dbała aby trzymać nas krótko i surowo, aby wychować na dobrych ludzi. Pomimo wszystko. Nie w głowie były mi wyskoki. Wracałam o umówionych porach. Szanowałam starszych. O seksie, używkach lub imprezach bałam się nawet pomyśleć, nie wspominając już o tym, żeby przed mamą wypowiedzieć na głos któreś z tych słów.

Mimo to, wciąż należałam do „gorszej kategorii”. To zadziwiające kiedy teraz o tym myślę. Żywy przykład surowego wychowania, karna, uprzejma dziewczyna, wciąż oceniana była jedynie przez pryzmat rodziny z jakiej pochodziła. Jak wspominałam, 30 lat temu, ludzie mieli inną mentalność…

Później poznałam Jego. Boże, ależ mi koleżanki zazdrościły! Moje kompleksy leczyła wtedy uroda. Ze 30 lat temu chyba sama obejrzałabym się za sobą na ulicy. Ja – zgrabna, niebieskooka blondynka. On wysoki brunet z perlistym uśmiechem. Chodził w kurtkach z lisa i jeansach z Peweksu. Na narty jeździł w Alpy – dużym Fiatem. Szczyt marzeń. No właśnie, a mnie, nauczono przecież trzymać się mocno przy ziemi. Rodzice Zbyszka byli inżynierami. Na tamte czasy należeli do "elity". Działali w partii. Wszystko mogli, wszystkich znali. My zakochani bez pamięci, naiwni i romantyczni – oni, przeciwni temu związkowi, „bo przecież nie wypada”. Nie chciałam złamać Zbyszkowi życia. Wiedziałam, że rodzice byli całym jego światem, a brak ich akceptacji zabiłby w nim całą radość z tej całej naszej, gówniarskiej miłości. Wolałam odejść, nie mówiąc, że to z ich powodu.

W końcu poznałam Darka. Wyszłam za mąż w wieku 19 lat. Męża szukałam jak najszybciej. Miał być męski, postawny, bezczelnie odważny. Tak, by uchronić mnie przed całym złem tego świata. I jeszcze jedno, miał stronić od alkoholu. A Darek taki właśnie był. Butny i arogancki, szelmowski i zadziorny – uroczy brutal, który niczego i nikogo się nie boi, bo sam wiele w życiu przeszedł. Tak jak i ja, pochodził z rozbitego domu, rozumiał mnie jak nikt. Szkoda, że ja nie rozumiałam wtedy, że to czego szukałam, ma swoją „ciemną stronę księżyca”. Skąd miałam to wiedzieć? W końcu nie miałam żadnych szablonów „dobra” i „zła” w relacji między kobietą i mężczyzną. Akceptowałam wszystko "jak leciało". Więc nie zwróciłam uwagi, że krzyczy na mnie w obecności innych ludzi, w trakcie pierwszej zagranicznej wycieczki, że ogląda się za moją koleżanką, bajeruje kelnerkę przy stoliku w restauracji i w ogóle robi tylko to, co chce – bo taki z niego samiec Alfa. Z zaproszeniem na ślub pojechałam do ojca w asyście wujka. Miałam nikłą nadzieję, że zmienił się przez te wszystkie lata. Wtedy chyba jeszcze próbowałam go usprawiedliwiać. Więcej widziałam, więcej rozumiałam - sama byłam teraz w związku, z dzieckiem w drodze, przerażona wizją przyszłości i za młoda na poważne decyzje. Wreszcie dostrzegłam też wyraźnie, że i mama do najłatwiejszych w pożyciu nie należała. Asysta była jednak niezbędna - pewności jak się zachowa, nigdy z nim nie było. Na ślub pomimo zaproszenia nawet nie przyszedł. Teraz myślę, że może to i lepiej.

Zbigniewa spotkałam jeszcze kilka razy, po latach. Całkiem przypadkiem. Robił z rodziną zakupy w tym samym markecie. I patrzył na mnie tymi samymi maślanymi oczyma.

Dziś już przestałam usprawiedliwiać ojca.

Zrozumiałam, że za złamanie mojego własnego Ja, błądzenie przez życie po omacku i naukę na własnych ranach – obwiniać mogę tylko jego. Gdyby nie sposób w jaki nauczył mnie myśleć o sobie samej, nie byłabym tą samą osobą, nie dokonywałabym wyborów na „chybił-trafił”, a życie układałabym sobie trzymając go za silną, ojcowską rękę. Dopiero teraz nauczyłam się świadomie myśleć o przeszłości i przestać wreszcie winić samą siebie za to, że nas opuścił. Dopiero teraz zrozumiałam, że nie było dla niego usprawiedliwienia. Bo nawet Darek, choć nieidealny, wie, że ojciec to „pierwszy mężczyzna każdej kobiety” i na swoje ograniczone możliwości, stara się być jak nim jak najlepiej potrafi. I ja pomimo wszystko - ciesze się, że "jest" dla moich dzieci. Wiem jak ważny jest ojciec. Męskie ramię, na którym mogą się oprzeć".

Redakcja Magazynu KoBBieciarnia.pl
Trwa ładowanie komentarzy...